Musisz posłuchać - AV o MC207

Recenzja wzmacniacza zintegrowanego Monrio MC206

Redaktor Naczelny miesięcznika Audio-Video podzielił się swoją opinią o nowym wzmacniaczu zintegrowanym Monrio. Przytoczymy fragmenty tej recenzji - a zainteresowanym oddajemy cały tekst w załączniku.

BUDOWA

Włoskie produkty potrafią zachwycić stylistyką i wysmakowanymi detalami. Monrio, o dziwo, nie pasuje do tego schematu. Wygląd większości urządzeń tej marki jest dość surowy i spartański – trochę jakby z lat 90., gdy stylistyka nie była jeszcze równie istotne jak technika i walory dźwiękowe.

Trzeba jednak przyznać, że nowy MC207 to krok we właściwą stronę. Obudowy wykonano z grubych płyt aluminiowych. Górna pokrywa ma grubość 5 mm, czołówka i boki są aż dwa razy grubsze, co zapewnia obudowie przykładną solidność i sztywność. Precyzja montażu wciąż nie jest najwyższych lotów, a same płyty mogłyby być dokładniej wykończone na krawędziach. Monrio obiecuje jednak poprawę – zatrudniono nowych pracowników, a siedziba firmy zmieniła adres.

Elementem przykuwającym uwagę jest jednak coś innego – wąska, lejkowata gałka regulacji głośności ( „Pinokio”)...

BRZMIENIE

Od razu stało się jasne, że MC207 operuje szerszym zakresem dynamiki w niskich rejestrach w porównaniu z 206-ką. Gra z większym rozmachem, w sposób nieco mniej skupiony, nie tak intymny, za to bardziej energetyczny. Szczegółowość nowej konstrukcji Giovanniego jest zadziwiająca.
Wzmacniacz ten, nie posuwając się do ewidentnego rozjaśnienia, a tym bardziej wyostrzenia, oferuje wyśmienity wgląd w nagrania, w pewnym sensie zaprzeczając swojej cenie, która w tym kontekście wydaje się zaniżona. Przyrost detaliczności jest może nieco bardziej subiektywny niż obiektywny i nie da się zaprzeczyć, że przynajmniej częściowo wynika on z lepszego doświetlenia wyższych rejestrów.

Odkąd użytkuję MC206, nigdy nie miałem wrażenia, że wzmacniacz ten łagodzi czy temperuje górę. Jest ona może i dość dyskretna, ale w żadnym razie nie można mówić o jej niedoborze. MC207 balansuje po drugiej stronie granicy neutralności, będąc nieco jaśniejszy niż wzmacniacz w pełni neutralny. Jednocześnie średnica jawi się jako mniej zwiewna, mniej eteryczna, a trochę bardziej konturowa. Powiedziałbym, taka bardziej „zwyczajna”, nieco twardsza i mniej kolorowa. W zestawieniu z bardziej precyzyjnymi i żywszymi sopranami skutkuje to ogólnie podwyższoną wyrazistością przekazu. To trochę tak, jakby naturalnie wyglądającą fotografię lekko podkręcić w programie graficznym, używając suwaków „kontrast” i „wyostrzenie”. Zdjęcie wciąż dobrze oddaje rzeczywistość, ale ze zwiększonym wyrazem. Wszystko to składa się na obraz wzmacniacza brzmiącego „drogo”, tj. dość efektownie, acz z dużą dozą wyrafinowania – przy cenie 14 tys. zł mówimy tu o wyniku zdecydowanie ponadprzeciętnym.

PODSUMOWUJĄC

Nowy Monrio jest kolejnym dowodem na to, że Giovanni potrafi robić nieprzeciętnie dobre wzmacniacze. Najciekawsze jest to, że nie grają one „na jedno kopyto”, różniąc się jedynie dynamiką czy rozciągnięciem basu. Za każdym razem (to już trzecia integra tej marki, jaką testowałem) mamy do czynienia z nieco innym spojrzeniem na reprodukcję muzyki. Różnice dotyczą akcentów, zawsze jednak brzmienie zachowuje witalność, naturalność i dobrą przejrzystość.
MC207 bardziej niż wcześniejszy (i tańszy) MC206 podąża w kierunku kontroli niskiego zakresu, jak również szczegółowości całego obrazu dźwiękowego. Mniej w tym dźwięku eteryczności, za to więcej precyzji. Całościowo jest postęp – i to znaczący, nawet jeśli pewien fragment „średnicowej magii” gdzieś siłą rzeczy uleciał (tak na marginesie, Giovanni zna przyczynę!). Tak czy inaczej, MC207 to konstrukcja z gatunku tych, które „musisz posłuchać, zanim wybierzesz coś innego”. Szczerze polecam wypróbować - tyle Filip Kulpa, a w załączeniu przedstawimy cały tekst. - czytaj recenzję.

 

Wzmacniacz Monrio MC 207 mkII